Krzysztof Kolberger

"Życzę Wam dużo szczęścia i czereśni…" – Wspomnienie Krzysztofa Kolbergera

Krzysztof Kolberger urodził się w 1950 r. Debiutował jako aktor w 1972; początkowo kreował bohaterów romantycznych: Romeo, Don Carlos, Konrad, grał Maćka Chełmickiego w telewizyjnej wersji "Popiołu i diamentu". Niezapomniane były codzienne recytacje poezji w radiu w jego wykonaniu. W stanie wojennym był działaczem w Komitecie Prymasowskim pomocy dla internowanych. Grał w warszawskim Teatrze Współczesnym i Dramatycznym, a od 1990 r. należy do zespołu Teatru Ateneum. Wystąpił w ponad 60. filmach, m.in. "Hotel klasy lux","Kontrakt" (nagroda), "W biały dzień", "Dziewczęta z Nowolipek", "Kornblumenblau", "Ostatni prom" oraz w wielu serialach tv: "Rzeka kłamstwa", "Kanclerz", "Modrzejewska", "Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy", "Kuchnia polska", "Ekstradycja".

Mam pewien problem związany nie tylko zresztą z Agnieszką Osiecką, ale w ogóle ze spotkaniami z ludźmi, którzy gdzieś na mojej drodze stanęli. Otóż moja pamięć jest typowo aktorska. Zapamiętuję olbrzymie ilości tekstu i może z tego powodu nie zapamiętuję czasami faktów, zdarzeń, anegdot, dat, imion, nazwisk….

Agnieszka towarzyszyła mi niemalże od dzieciństwa – nie obrażę jej tym dzisiaj już na pewno – poprzez swoje piosenki i przez to, co robiła. Natomiast moje spotkania z nią nie były liczne, mimo że ją uwielbiałem i każde spotkanie było dla mnie niezwykłym wydarzeniem. Jednakże ta wspomniana na początku "niezwykła pamięć" doprowadziła do tego, że o pewnym bardzo ważnym zawodowo-prywatnym spotkaniu z Agnieszką zapomniałem i musiała mi je przypomnieć po kilkunastu latach Magda Umer. Ta historia wypadła mi z pamięci, choć nie powinna, dlatego że jest najbardziej osobista, jeśli chodzi o moje spotkania z Agnieszką, a jednocześnie wiąże się z pracą. Jestem pracoholikiem i mój zawód jest dla mnie na pewno jedną z najważniejszych rzeczy w życiu.

Sam się zdziwiłem, jak mogłem zapomnieć o tak ważnym dla mnie zdarzeniu, o którym za chwileczkę opowiem. Pewne rzeczy przyjmujemy jako naturalne, a nie powinniśmy. To zdarzenie dotyczy piosenki "Jeżeli miłość jest" znajdującej się w "Oceanie granatowym" zbioru płyt "Pięć oceanów", do którego utwory wybierała sama Agnieszka. Muzykę do tej piosenki napisał Janusz Bogacki, a wykonuje ją tam Ewa Błaszczyk. Ale ja kiedyś też ją śpiewałem. Nie wiem czy byłem jej pierwszym wykonawcą. Nie pamiętam nawet teraz, gdzie ją śpiewałem – podejrzewam, że we Wrocławiu, na Festiwalu Piosenki Aktorskiej. Był to czas stanu wojennego lub tuż po jego zakończeniu. Bardzo chciałem zaśpiewać piosenkę Agnieszki i "Jeżeli miłość jest" bardzo mi się podobała. Wydawała mi się bardzo osobista: o braku miłości i o tym, jaka ważna jest miłość w naszym życiu. Zwróciłem się do Agnieszki, żeby dopisała jeszcze jedną zwrotkę. Wydawało mi się to potrzebne, ponieważ to, co się wokół nas dzieje wymaga naszej reakcji w tym, z czym idziemy do widzów i słuchaczy. Tak jak to dzisiaj oceniam, Agnieszka zrobiła coś niezwykłego, bo rzeczywiście na zawołanie napisała zwrotkę o sytuacji w kraju, oczywiście w poetycki, sobie właściwy sposób:

" …Na kraju nędzę i smutek,
na okazałość państw,
policję, kłamstwo i nudę,
potęgę małych draństw,
na nocny serca ból,
że człowiek żył jak pies,
ratunkiem miłość bywa,
jeżeli miłość jest,
jeżeli jest prawdziwa."


Jestem na sto procent pewien, że byłem pierwszym wykonawcą tej zwrotki, a Janusz Bogacki – jak mi się wydaje – zaaranżował istniejącą już melodię. Jestem ciekaw skądinąd, jak on pamięta to zdarzenie. W każdym razie tak się stało, że śpiewałem tę piosenkę i mogę dziś powiedzieć, że ta zwrotka została specjalnie dla mnie napisana. To dla mnie wielki zaszczyt i wielka radość. Po raz pierwszy mówię o tym publicznie, bo do tej pory nie było jakoś ku temu okazji. I bardzo się cieszę, że mam możliwość oddania hołdu Agnieszce.

Drugie wydarzenie, o którym chcę opowiedzieć, jest również prywatno-zawodowe i zostało zresztą opisane przez samą Agnieszkę w "Fotonostalgii"- pięknym albumie Zofii Nasierowskiej i Agnieszki – "Znani i lubiani w obrazie i anegdocie". W tym właśnie albumie Agnieszka przypomniała o naszym wspólnym wyjeździe z "Apetytem na czereśnie" do Szwajcarii na zaproszenie pięknej tamtejszej damy, organizatorki tego przedsięwzięcia. "Byliśmy tam ze sztuczką moją starą – ‚Apetyt na czereśnie’"- cytując Agnieszkę. Ja bym tak tego nie określił. "Sztuczka moja stara" jest przeuroczą, przepięknie napisaną sztuką.

Miałem szczęście występować w jej obydwu wersjach. W pierwszej – reżyserowanej przez Lenę Szurmiej w Teatrze za Dalekim na ulicy Wiolinowej w Domu Sztuki na Ursynowie (1986 r.)- z Olgą Sawicką. Potem z różnych względów przestaliśmy ją grać i kiedy znalazłem się w Teatrze Ateneum otrzymałem (1989 r.) propozycję, żeby na małej scenie (tej najmniejszej, w piwnicy) przygotować nową wersję dla Teatru Ateneum. Reżyserował Marek Weiss-Grzesiński. Zagraliśmy to razem z Anią Romantowską.

Może przypomnę tym, którzy znają tę sztukę, a powiem tym, którzy nie mieli okazji jej zobaczyć, że dotyczy ona pary małżeńskiej, która po rozwodzie wraca przypadkowo (a może nieprzypadkowo?) w jednym przedziale pociągu. Udają, że się nie znają i wspominają swoje małżeństwa: jak się potem okazuje, to samo małżeństwo z dwóch różnych stron – kobiety i mężczyzny. Agnieszka nie byłaby sobą, gdyby nie okrasiła tego przedstawienia przepięknymi piosenkami. Premiera odbywała się na Sylwestra.

Pamiętam, że Agnieszki nie było. Przysłała natomiast list, którego oryginał gdzieś się zapodział, czego ogromnie żałuję. I po raz kolejny nasuwa się takie przemyślenie, że w pewnych fazach życia przywiązujemy zbyt małą wagę do pewnych faktów, listów, kartek i zdarzeń. Myślę, że wydawało mi się, iż Agnieszka jest nieśmiertelna (w pewnym sensie tak jest) i że będzie zawsze obok. W związku z czym gromadzenie listów nie ma sensu. Okazuje się, że ma. Dziś żałuję bardzo nie tylko tego, że nie mam oryginału, ale że nawet ksero wykonane na użytek przedstawienia gdzieś się zapodziało w czasie kilku przeprowadzek, które zdarzyły mi się w życiu.

W każdym razie, Agnieszka napisała w tym liście – przepraszając oczywiście, że nie może być – coś takiego, jak: "W ten szczególny wieczór życzę Wam dużo szczęścia i czereśni." I zdaje mi się, że przesłała nam jakieś drzewko, do którego były przyczepione chyba czereśnie, ale może coś zmyślam… Nie było to drzewko czereśniowe, ale coś, co je udawało. W każdym razie Agnieszka przysłała nam je jako czereśniowe. W liście była również szczególna prośba do widowni: "Drodzy Państwo, mam do Was wielką prośbę. Wysłuchajcie tej piosenki z muzyką Bułata Okudżawy, która jest mi dzisiaj bardzo, bardzo potrzebna. Wasza Agnieszka." Oczywiście chodzi o piosenkę "Ach, Panie, Panowie, czemu ciepła nie ma w nas?". My z Anią bardzo chcieliśmy, żeby ta piosenka znalazła się w przedstawieniu. Bardzo piękną muzykę do tej wersji przedstawienia (bo była jeszcze inna, wystawiona w Moskwie właśnie z muzyką Okudżawy) napisał Maciej Małecki i nie bardzo wiedzieliśmy jak pogodzić te dwie wersje. Nie chcieliśmy dopisywać nowej muzyki, ponieważ muzyka Okudżawy była tak integralnie związana ze słowami, że nie miałoby to sensu. Wymyśliliśmy więc, żeby to zacytowane przed chwilą zdanie zostało odczytane i było pretekstem do wykonania tej piosenki. I rzeczywiście tak się stało. Na początku każdego przedstawienia odczytywaliśmy ten list. Po śmierci Agnieszki, kiedy znowu powróciło zainteresowanie Jej sztuką i otrzymywaliśmy wiele zaproszeń w różne miejsca, ten list nabierał szczególnie nowego znaczenia. Nie ukrywam, że kiedy pierwszy raz śpiewałem te słowa, między innymi "…umierają co słabsi wśród ptaków…", nie obyło się bez łez.

Przyznaję się bez bicia, że niewiele spotkań z Agnieszką pamiętam. Nie było ich pewnie tak dużo. Na pewno były jakieś spotkania u Magdy Umer i Zuzi Łapickiej w Podkowie Leśnej, ale tak jak powiedziałem wcześniej, człowiek w takich momentach nie przywiązuje do tego wagi, nie zapamiętuje szczegółów i słów. Pamiętam chyba jedyne spotkanie u Agnieszki w Jej domu na Saskiej Kępie, które było związane z moją prośbą o tę dodatkową zwrotkę do piosenki "Jeżeli miłość jest". Na szczęście są nagrania, żyją jej piosenki. Mam wszystkie płyty Agnieszki z "Pięciu Oceanów" i jak tylko mam okazję, to słucham. Puszczam sobie w samochodzie kasetę z Jej piosenkami.

Kolejne moje spotkanie z twórczością Agnieszki i fragmentem z jej życia miało miejsce niestety już po jej śmierci. Była to propozycja Hanki Bakuły, która napisała "Ostatni bal" – książkę, na którą składają się listy Agnieszki do Bakuły i odwrotnie. Hania zaproponowała scenariusz, na który składały się właśnie te listy i kilka piosenek Agnieszki. Poprosiła mnie, żebym to wyreżyserował. Oczywiście nie było tam mowy o wielkiej reżyserii. Chodziło tylko o to, żeby to jakoś zgrabnie "uscenicznić". Listy Agnieszki czytała Beata Tyszkiewicz. Ania Romantowska czytała listy Hani Bakuły, a śpiewała między innymi Ewa Błaszczyk. To było moje kolejne spotkanie z piosenkami Agnieszki Osieckiej, Jej myślami i Jej niebywałym sposobem widzenia świata.

Dzisiaj, czekając na Pani wizytę, puściłem sobie płytę Agnieszki i znalazłem bardzo piękne stwierdzenie w jednej z piosenek, które może być określeniem Agnieszki i jej spojrzenia na świat. Krysia Janda śpiewa "…Pan widzi ławkę, łóżko, stół, a ja zranione drzewo…". Taki był Jej sposób widzenia świata. Nam pewne rzeczy wydawały się proste, a Ona widziała to głębiej, inaczej. I na tym polega Jej wielkość.

Na zakończenie chciałbym jeszcze powiedzieć kilka słów na temat tego, jaki Agnieszka miała na nas wpływ, choć często sobie tego na prawdę nie uświadamiałem. Jej piosenki, sposób postrzegania świata i formułowania zdań, takich, a nie innych skojarzeń, zapadły w nas bardzo głęboko. Dopiero teraz możemy to stwierdzić. Ale jest coś więcej. Moja córa, której zdjęcie z okresu kiedy miała pewnie trzy latka, znajduje się w "Fotonostalgii" (uwielbiam je zresztą) – ma dziś dwadzieścia sześć lat, studiuje, ale wiem, że ona i jej pokolenie dalej noszą w sobie piosenki i piękne myśli Agnieszki Osieckiej i że je hołubią.

I właściwie to tyle.

Wysłuchała i spisała Anna Gołda